sobota, 26 listopada 2011

Polska B to stan umysłu, szczególnie rodzimych firm

Jeden dzień w ubiegłym tygodniu przyniósł dwa raporty, które stawiają nasz piękny kraj w kompletnie innym świetle. Wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, że w tym kraju nic nie może być normalne i zamiast poruszać się gdzieś w "złotym środku", zawsze idziemy po granicach absurdu. Jeżeli nie rozumiecie o czym piszę, to spróbujcie jakiemukolwiek zagranicznemu turyście wyjaśnić fenomen komedii Barei i to czemu tak namiętnie się z nich śmiejemy.

Ale do rzeczy. Otóż według Google i raportu przygotowanego dla nich przez SMG/KRC: "Mimo rosnącego znaczenia internetu nadal aż 47 proc. małych i średnich firm nie ma własnej strony internetowej. Co więcej, w przypadku firm zatrudniających do trzech osób, 46 proc. w ogóle nie planuje zakładać strony." (źródło). Ale, tego samego dnia pojawia się raport, w którym czytamy, że "55% użytkowników internetu w Polsce korzysta z dostępu mobilnego. Grupa ta urosła bardzo szybko, ponieważ w 2009 roku odsetek sięgał 20%. Dziś to ponad 10 mln osób. Ponad połowa mobilnych internautów w Polsce to więcej niż w Wielkiej Brytanii (43%) i USA (31%)" (źródło).

O co chodzi? Jeden raport pokazuje typowe zacofanie polskich przedsiębiorców, którzy nie tylko nie mają strony internetowej, ale nawet nie widzą potrzeby jej zakładania. Chociaż sami pewnie codziennie "surfują po sieci" i jeszcze biją się z rodziną o dostęp do "kompa" w godzinach popołudniowych, żeby "posiedzieć na fejsie". Zresztą pisałem o tym sporo już w 2009 roku w tekście "35% polskich firm nie istnieje". Stwierdziłem wtedy, że Polacy prywatnie są zapaleńcami a zawodowo odszczepieńcami, bo z Internetu korzystają wręcz maniakalnie, a w pracy się go boją jak diabeł święconej wody. O co chodzi w tym kraju? Żeby wszystko zrobić dziwnie i inaczej? Ale...






I co się stało najlepszego pomiędzy 2009 a 2011, że teraz więcej firm nie ma strony internetowej niż wtedy? Tyle pieniędzy z UE poszło na kształcenie bezrobotnych, tyle wykładów, tyle przykładów, godziny szkoleń, tysiące wszelkiej maści barcampów, dziesiątki programów radiowych i telewizyjnych, książek, postów i... jesteśmy bardziej w ciemnej dupie niż byliśmy w 2009? Ale, żeby oni nie mieli strony internetowej to by było jeszcze pół biedy. Ale to, że te firmy nie widzą sensu w jej posiadaniu to już głębszy problem.

Co więcej w ciągu lat 2009 - 2011 powstało dużo nowych firm. Teoretycznie rzecz biorąc stare, skostniałe powinny upaść. A nowe, prężne, zinformatyzowane powinny się rozwijać i zająć ich miejsce. Wtedy udział tych bez stron internetowych powinien spaść. A on znacznie wzrósł. Ja się pytam: WTF?

Czyli mamy definicję Polski B? Kraju zacofanego, niepodatnego na wszelkiej maści sugestie, trendy rynkowe, rady i zmiany. Kraju w którym ludzie robią to co robią, bo tak to robili i będą robili. Do usranej śmierci i jeden dzień dłużej.

I tego samego dnia mamy badanie, które pokazuje chyba dobrze Polskę A. Nagle, w dwa lata wyrośliśmy na potęgę w internecie mobilnym. Polacy (prywatnie fani sieci w każdej formie) robią skok ewolucyjny i w dwa lata ponad dwukrotnie rośnie ilość rodaków, którzy korzystają z sieci w najnowszej, najwygodniejszej formie. Ludzi, którzy czują potrzebę (i chcą za nią płacić) być online w każdej chwili i miejscu swojego fajnego życia.

Czy tu widać podział geograficzny? Nie. Czy zachód jest lepszy niż wschód? Czy wieś lepsza niż miasto? Nie, bo jak pokazują badania olbrzymia cześć internetu mobilnego trafia do biurek, bo nie ma innego łącza ("aż 62% Polaków używa mobilnego internetu w domu - nie ruszając się od biurka. Jest to efekt braku wystarczającego pokrycia internetem stacjonarnym i konkurencyjnymi cenami mobilnego internetu od operatorów komórkowych."). Swoją drogą to idealna sytuacja z Barei, gdzie naród w wyniku chronicznego braku normalnych rozwiązań, dzielnie sobie radzi z problemami, których nie ma gdzieś indziej i sięga po coś co nie jest temu dedykowane. To jak z popularnością komórek w Afryce, które nie służą do rozmów, tylko transferów pieniędzy. Ale dobrze, że są, zawsze to jakiś postęp.

Bycie w Polsce B to po prostu stan umysłu. To jak z tym powiedzeniem, że nie dres czyni cię dresiarzem, a mieszkanie na wsi wieśniakiem. To tylko kwestia stanu umysłu polskich przedsiębiorców.

To jest prawdziwa e-zagadka na weekend. Dlaczego tak chętnie sięgamy w życiu prywatnym po najnowsze technologie, a w zawodowym jesteśmy na etapie faksu i zamawiania rozmowy międzymiastowej.


P.S. Jedyny plus tego zamieszania to ekologia i nasz święty spokój na ulicach. Zmalało znaczenie ulotek. W zeszłym roku korzystało z nich ok. 45 proc. firm, w tym roku ten odsetek spadł do 37 proc.

sobota, 17 września 2011

Odwróćmy system i opodatkujmy starszych - podatek rosnący z wiekiem

Przerzucałem ostatnio pierwszy numer polskiego Bloomber Businessweek i trafiłem na małą wzmiankę o propozycji podatku PIT, którego stawka rośnie z wiekiem. Myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że to całkiem genialne rozwiązanie. Skoro wszystko się zmienia, to może czas kompletnie odwrócić system podatkowy. Gdyby jakaś partia, na ostatnią chwilę, przed 9 października potrzebowała programu gospodarczego, który zapewni jej rozgłos, to służę pomocą. Przy okazji taki system niesie zupełnie inne, ciekawe konsekwencje.


Uwielbiam pomysły, które wywracają stereotypy do góry nogami i burzą utarty światopogląd. Dlatego im dłużej myślałem o idei podatku rosnącego z wiekiem, tym bardziej mi się on podobał. Dlatego jeżeli jakaś partia chciałaby program gospodarczy, napisałbym go i uderzyłbym w bardzo, ale to bardzo rewolucyjne tony i pojechał totalnie populizmem. Brzmiało by to mniej więcej tak (mój pierwszy manifest):

Pokolenie, które teraz zaczyna swoją karierę i budowanie rodzin trafiło na niezły syf w finansach publicznych zostawiony po naszych rodzicach, ciotkach, wujkach i starszych kuzynach. Nie dość, że na starcie jesteśmy zadłużeni na  dziesiątki tysięcy złotych za to, że nasi rodzice świetnie się bawili za Gierka, to jeszcze genialne socjalistyczne wybory naszych rodziców i starszych kuzynów w latach dziewięćdziesiątych i początku tego wieku dołożyły nam kolejne długi. Starsi od nas imprezowali, bawili się z zasiłków, dumnie wspierali związki zawodowe, a teraz do nas mówią: "musicie za to zapłacić". Ale niby dlaczego? A ja się pytam ile za to będą musiały zapłacić nasze dzieci. Czemu rodzą się z długiem, niczym grzechem pierworodnym, dlatego, że lubiliście wydawać ich pieniądze? Oddajcie je teraz.


Mamy po 25- 30 lat i zamiast zakładać rodziny i kupować domy, martwimy się jak za 10 lat utrzymamy całą rzeszę emerytów z pokolenia naszych rodziców i do tego spłacimy rosnący dług publiczny. Nie mamy co liczyć na pomoc starszych kuzynów: oni byli niżem demograficznym i sami nie spłodzili wiele dzieci, więc pokolenie po nas, też jest wybitnie mało liczne. Jesteśmy ostatnim licznym pokoleniem i będziemy mieli na prawdę grubo przerąbane za jakieś 10 lat, kiedy będziemy ostatnim wyżem na rynku pracy.


A to nie nasza wina. Więc niech Ci, od których zależało to jak się zadłużamy zaczną płacić za swoje pomyłki. Niech zapłacą wyższe podatki, które pójdą na ich leczenie, ich emerytury  (w końcu średnia wieku się wydłuża) oraz nowe drogi dla naszych dzieci. My swoje pieniądze wolimy wydawać inaczej.


Każdy chce żyć długo i szczęśliwie. Każdy chciałby podróżować jak przysłowiowy niemiecki emeryt. Ale dlaczego inni mają za to płacić? Brzmi okrutnie? Ale nie gorzej niż: chcę podróżować i żyć długo, niech inni za to zapłacą.


Żyjemy w czasach, kiedy triumfuje medycyna i socjalne społeczeństwo. Musimy coś zmienić, bo obecny system staje się niewydolny, gdyż coraz mniej pracujących musi utrzymywać coraz więcej emerytów, rencistów i ludzi z różnych innych powodów nie pracujących. Nikt nikomu nie odmawia szczęśliwego i długiego życia, ale zmiany są konieczne. Na pewno nie możemy wrócić do metod ze starożytnej Sparty, gdzie brutalnie rozprawiano się z ludźmi niezdolnymi do pracy i zapraszano ich na ostatni spacer po klifach. Nikt normalny nie zaproponuje takiego rozwiązania w XXI w. Musimy patrzeć  do przodu i jasno sobie powiedzieć: jeżeli jesteś starszy, musisz płacić więcej, a jeżeli jesteś młodszy, pracować ciężej.


Dlatego koniecznie trzeba wprowadzić podatek progresywny, który będzie rósł wraz z wiekiem. Tak, żeby starsi ludzie czuli się odpowiedzialni za swoje błędy. To nie my zgotowaliśmy ten syf. Dlatego możemy teraz wszystko wywrócić do góry nogami, bo to nam przyjdzie go spłacać i sprzątać i nie można nam mówić, że będzie inaczej. 




Dobra, to by było tyle populizmu i agitacji politycznej, ale teraz zobaczmy na fakty. Oto coś, co już tylko z przyzwyczajenia nazywane jest piramidą. Piramidą demograficzną Polski:
Ponieważ już chyba każdy Polak był na last minute w Egipcie (a jak nie to widział zdjęcia od swoich znajomych), to nie trzeba tłumaczyć, że piramidy mają nieco inny kształt. Na rynku pracy mamy w tej chwili dwa wyże, które jakoś trzymają nas przy życiu. Pierwszy to wyż z lat pięćdziesiątych XX w., drugi to pokolenie stanu wojennego. W ciągu 5 do 10 lat pokolenie obecnych 55-60  latków trafi na emeryturę, a na rynku pracy zostanie pokolenie stanu wojennego, które będzie musiało utrzymać:
- wielką i coraz dłużej żyjącą ilość emerytów
- swoje dzieci (będzie to mały wyż w pokoleniu które teraz się rodzi lub ma mniej niż 5 lat)
- bezrobotnych
- swoje kredyty hipoteczne (zaciągnęli je w ciągu ostatnich lat nawet na 30 - 40 lat. Jeżeli popatrzymy w tablice oczekiwanej długości życia, będą je spłacać ich dzieci)
- dług publiczny z ostatnich lat

Dramatycznie zmieni się stosunek ilości pracujących do niepracujących, który był podstawą obecnego systemu ubezpieczeń społecznych i podatków. Został on wymyślony jakieś 150 lat temu, i opierał się na takim społeczeństwie jak dziś ma Meksyk. Tam bardzo dużo ludzi, pracuje na świadczenia małej grupy emerytów. My jednak podążamy w stronę Szwecji:
Jeżeli już i tak mamy to co mamy, to nie ma sensu tkwić w starym systemie, tylko dlatego, że starsi i biedni ludzie są przecież, jak sama nazwa wskazuje, starsi i biedni i nie mogą więcej płaci. Serio, mogą, bo to od ich decyzji przy urnie, w ZUSie, u lekarza, na spotkaniu związków zawodowych i w wielu innych przypadkach to zależało. Poza tym nikt nie mówi o drastycznych podwyżkach. Mamy kilka aspektów:

1. Sam w sobie podatek dochodowy (PIT) jest małym źródłem dochodów państwa i też nie wpływa znacząco na nasz standard życia. Serio. Rzućcie okiem na swoją listę płac. Jeżeli PIT by wzrósł z 18 na 20% to nawet byście tego nie poczuli. Państwo zasadniczo też nie. Cały system podatkowy idzie w stronę podatków pośrednich, które są łatwo obliczalne i ściągalne (VAT, akcyza). Przypuszczam, że podniesienie stawki VAT do 24% i likwidacja obniżonych stawek skompensowałaby w ogóle likwidację PIT w dochodach budżetu. Dlatego, czy warto w ogóle grzebać w PIT? Chyba warto, bo obok roli czysto dochodowej podatki mają też rolę stymulującą, pokazującą pewne priorytety państwa. Weźmy za przykład ulgę internetową. Ani państwo na niej nie traci specjalnie wielkich pieniędzy, ani też nikt nie robi sobie z tego wielkich oszczędności przy dzisiejszych cenach internetu. Dlaczego zatem ona istnieje? Żeby zachęcać ludzi do korzystania z sieci. I bardzo dobrze. Z nowym systemem liczonym od wieku byłoby podobnie. Zachęcałby do zakładania rodzin i płacenia więcej, kiedy korzysta się z opieki państwa.
2. Będę używał sformułowania podatek do dochodu dosyć ogólnie, ujmując w tym, wszystko to, co jest nam potrącane od pensji w tym ZUS i ubezpieczenie zdrowotne i PFRON. Polska jest takim popieprzonym krajem, gdzie wszystko płaci się osobno. Są kraje normalne, gdzie jest jedna deklaracja, jeden przelew i państwo samo dzieli pieniądze po swoich kieszeniach. W Polsce to firmy i obywatele muszą wkładać państwu odpowiednie sumy w odpowiednie kieszenie. Dlatego, żeby nie komplikować, wejdziemy na nieco wyższy poziom ogólności.
3. Ponieważ Urząd Skarbowy to nie Vision Express, to nikt nie mówi o skali podatkowej w stylu ile masz lat, tyle procent płacisz. Pomyślcie raczej o wzroście podatków rzędu 0.5 - 1 punktu procentowego np. co dziesięć lat życia. To nie będzie stanowiło dużego obciążenia, ale będzie mobilizujące.
4. Jeżeli idziemy do ubezpieczyciela i chcemy kupić polisę na życie, to normalne jest, że mniej zapłacimy w wieku 20 lat niż 60. Tablice oczekiwanej długości życia oraz biologia są zasadniczo bezwzględne i prawdopodobieństwo, że zejdziemy lub zachorujemy rośnie z każdym rokiem naszego życia. Rośnie też stawka, jaką się płacić. Rzućcie jeszcze raz okiem na swoją listę płac. Zobaczcie ile miesięcznie płacicie na ubezpieczenie zdrowotne. To jest kilkaset złotych miesięcznie. Jeżeli nawet będę płacił te kilkaset złotych miesięcznie, to jeżeli kiedyś zachoruję na jakieś paskudztwo, to diagnoza, leczenie, operacja, a może nawet przeszczep organu, pobyt w szpitalu i rehabilitacja będzie kosztowała dużo więcej niż to co uzbieram. Tak właśnie działają ubezpieczenia i dlatego, że prawdopodobieństwo że coś takiego się zdarzy rośnie wraz z wiekiem, powinniśmy płacić więcej.
5. Oczywiście taki system podatkowy ma sens tylko przy podatku proporcjonalnym (potocznie zwanym liniowym). Przy podatku progresywny od dochodu powstałaby tak skomplikowana tabelka, że nikt by jej nie rozumiał. Podatki muszą być proste, trudne do oszukania i łatwe do ściągnięcia. Nawet kreatywność naszych rodaków nie jest tak wielka, żeby oszukiwać na wieku.
6. Żeby nie blokować, a zachęcać młodych ludzi do zakładania rodzin i utrzymywania dzieci  w wieku szkolnym, kiedy większość z rodziców będzie miała około 40 lat trzeba wprowadzić możliwość rozliczania się z wszystkimi członkami rodziny. To, pomimo wzrostu stopy podatkowej, spowoduje spadek podatku bo dochód rozłoży się na wszystkich członków rodziny a nie tylko na tych zarabiających. Im więcej dzieci, tym niższy podatek - idealne rozwiązanie prorodzinne.
7. To spowoduje pierwszy ciekawy efekt: wprowadzimy bykowe, ponieważ bezdzietni kawalerowie po trzydziestce będą płacili więcej niż ich dzietni żonaci koledzy przed trzydziestką. Swoją drogą to pasjonujące, że po tylu walkach o równość i prawa kobiet nie powstał odpowiednik bykowego, wśród płci przeciwnej. Dlaczego panny po trzydziestce, nie mają też płacić? Jak by nazwać ten podatek? Za określenie "krowie" pewnie zabiłby mnie feministki. Ale co powiedzie na "mućkowe" lub "krasulkowe"?
Wprowadzenie samego bykowego nikogo specjalnie by nie ruszyło. Znam wielu kumpli dla których nawet byłby to powód do dumy. "Płacę bykowe!" brzmiałoby jak kipiące testosteronem "mam trzydzieści lat, dobrze zarabiam, jestem singlem i rwę dziewczyny". Ale wyobrażacie sobie panny po trzydziestce, które przyznają się publicznie, że płacą "krasulkowe"? Feministki by do tego nie dopuściły. W końcu to brzuch kobiety i to ona decyduje komu, co, jak, gdzie i kiedy urodzi. OK, ale jeżeli wybierasz taki styl życia, a nikt nie każe wybrać innego, to licz się z konsekwencjami. Możesz płacić więcej. To jak z akcyzą. Możemy kupić mały, miejski oszczędny samochód i żyć ekologicznie, płacąc niższą akcyzę od silnika i paliwa. Lub wielkie V8 i płacić za nasz styl życia. Czemu nie wprowadzić takiej akcyzy od stylu życia?
Samo bykowe nie rozwiąże problemu, musi być po równo. Na piramidzie ludności wyraźnie widać, że kobiet jest więcej. Jeżeli zmusimy facetów, przez podatki, do tego żeby szukali żony to będzie ingerencja państwa w wolny rynek małżeństw. Każda taka ingerencja kończy się źle. Ponieważ podkręcimy popyt (facetów), a po stronie podażowej (kobiet) nie będzie nie będzie żadnych zachęt do zaspokojenia tego zwiększonego popytu, to cena małżeństwa (tak realnie i w przenośni) wzrośnie.
Żeby system zadziałał, muszą być kary i motywacje po obu stronach piramidy. A system opisywany tutaj bardzo elegancko je wprowadza. Jednak jako jego pomysłodawca "krasulkowego" stałbym się ulubionym celem ataków wszelkiej Manify, a moje zdjęcie byłoby rozdawane na ich spotkaniach jako podpałka do grilla.
Jednak pamiętajmy, że dzieci są niesamowicie ważne dla gospodarki. To one napędzają ekonomię. Każda gospodarka z ujemny przyrostem naturalnym się w ciągu kilkudziesięciu lat zawali.
8. Drugi ciekawy efekt, wynikający z punktu 7 to ciche i eleganckie opodatkowanie kościoła. Jeżeli wyższe podatki od dochodu będą płacili samotni faceci i kobiety, uderzy to w księży i zakonnice. Postulaty opodatkowania kościoła są coraz popularniejsze, więc może bym się z tym przebił do jakiejś grupy wyborców. Byłbym wtedy pierwszym znienawidzonym przez kościół, środowiska lewackie i feministyczne na raz. Nie wiem, gdzie znalazłbym schronienie.
9. System mobilizowałby młodych do szybkiego podjęcia pracy. Nie opłacałoby się studiować do 27 roku życia, bo wtedy mielibyśmy niższe podatki tylko przez trzy lata. Jeżeli skończylibyśmy studia wcześniej, mieli fach w ręku i wzięli się do pracy np. przed 24 rokiem życia, mielibyśmy aż sześć lat niższych podatków. Tak potrzebnych przy wyjściu na swoje, kupnie domu czy założeniu rodziny. System dawałby jasny sygnał: im szybciej zaczniesz zarabiać, tym lepiej dla ciebie.
10. System mobilizowałby wszystkich do mądrych wyborów. Jeżeli miałbym 55 lat, moje dzieci byłyby już samodzielne i nie mógłbym się z nimi rozliczać, moje podatki stałby się większe. Więc moje wybory życiowe muszą być na tyle mądre, żeby nagle nie zabrakło mi pieniędzy na utrzymanie stylu życia. Jeżeli przez całe życie nie odłożyłbym odpowiednich pieniędzy, to co w tedy? Trudno. Jeżeli sytuacja gospodarcza akurat byłaby zła? Trudno, miałeś na to wpływ.
11. I wreszcie na koniec, emerytury nie mogą być opodatkowane. To nie jest dochód, to jest coś na co pracowaliśmy przez X lat odkładając kwotę Y, żeby potem dostawać Z miesięcznie. Jeżeli ZUS płaci mi emeryturę, a potem odprowadzam podatek do US to jest bez sensu, bo obywatel znów przekłada pieniądze z kieszeni do kieszeni państwa. Państwo nie ma prawa także zabrać mi emerytury, jeżeli mam 70 lat i chcę dalej pracować. Ale dochód z pracy powinien być opodatkowany proporcjonalnie do mojego wieku i prawdopodobieństwa, że w ramach tej pracy zachoruję lub ulegnę wypadkowi. Czyli wyżej.

I tak z jednego zdania, które przeczytałem w gazecie przyszedł mi do głowy prawie cały nowy system, rozpisany dokładniej niż programy gospodarcze partii politycznych. Pewnie i tak nikt tego nie wprowadzi, ale taki system, w dzisiejszym świecie odwróconej demografii miały sens. Skoro wszystko staje na głowie, może czas postawić na głowie też podatki.

Widzicie jakieś minusy? Że nie jest sprawiedliwy i dokłada starym ludziom? A jaki system jest sprawiedliwy? Progresywny, którzy karze lepiej pracujących? Czy pogłówny, którzy każdemu każe płacić tyle samo? A może liniowy, który nie wspiera młodych przez brak żadnych ulg? Każdy ma swoje wady.

I nie mówcie mi o przypadkach singli albo ludzi którzy nie mogą mieć dzieci i wtedy płaciliby więcej niż ich sąsiedzi. To są przypadki mikro, a mi chodzi o wady i wnioski w skali makro, gdzie rządzi statystyka.

Czekam na zgłoszenia się partii politycznych i w między czasie wracam do pisania o kryzysie. To była tylko taka mała intelektualna odskocznia i zabawa. Myślę, że ciekawa.

niedziela, 4 września 2011

Anatomia kryzysu cz. 3 - w nałogu długu.

Problem kryzysów nie jest to, że występują, to jest normalne. Problemem są nimi nieudolni politycy i populiści, którzy próbują z nimi walczyć. W efekcie powielają oni działania, które kiedyś może przyniosły zamierzony skutek, nie do końca rozumiejąc co, jak i dlaczego się dzieje. Dzięki temu, mamy rosnący dług publiczny i tysiące, jeżeli nie miliony, młodych ludzi bez pracy. Ale zaraz, czy to właśnie nie Ci młodzi bez pracy mają spłacić dług, który w każdej minucie zaciągamy? 

Zadłużenie kraju masakrycznie wpływa na bezrobocie. Wszyscy wiemy, że w tej chwili najbardziej zadłużone są Hiszpania i Grecja. I tam też jest największe bezrobocie młodych ludzi. Jak duże? Pracy nie ma ponad 45 procent młodych Hiszpanów i 38 procent młodych Greków. Za co więc żyją młodzi południowcy? Czy w wyniku ewolucji, w ich skórze pojawił się chlorofil i korzystając z południowego słońca odżywiają się jak rośliny?

Spirala zadłużenia i bezrobocia jest mordercza dla gospodarki. Zadłużenie jest dobre, jeżeli pieniądze wydawane są na inwestycje. Jeżeli w Polsce budujemy nową infrastrukturę, to po to, by zarabiała i zwracała się w przyszłości. Jeżeli wydajemy pieniądze z długu na bieżące wydatki (zasiłki, budżetówka), przejadamy zwyczajnie jutrzejsze przychody. Jeżeli za "jutro" umownie przyjmiemy okres czterech lat, przeciętnej kadencji rządzących, tak naprawdę przerzucamy problem na następną kadencję.

Rzućcie okiem na wykresy. Ewidentnie widać, że w najbardziej zadłużonych krajach Europy, inwestycje stoją w miejscu lub wręcz maleją. Co więcej, w wyniku kryzysu spadł PKB, a mimo to udział procentowy inwestycji w PKB jest mniejszy. Czyli PKB nie jest nakręcany przez inwestycje, tylko przez konsumpcję bieżącą.

W tym samym czasie dramatycznie wzrósł dług publiczny. Na razie wszyscy przeżywamy sytuację Hiszpanii i Włoch. Ale co powiecie na perspektywę upadku Belgii? Kraj od dawane jest bez rządu, od wielu lat ma olbrzymie zadłużenie i w wyniku minimalnego zawirowania, spadku eksportu lub skoku cen obligacji może szybko podzielić los południowych kolegów. Tym bardziej, że nasilą się tam tendencje separatystyczne i antyimigracyjne.

A PKB od pięciu lat stoi praktycznie na tym samym poziomie:

Od 2007 roku, pomimo olbrzymiego wzrostu zadłużenia, inwestycje spadły a PKB liczone jako siła nabywcza praktycznie stoi w miejscu. Czy to jest jakaś zupełnie nowa sytuacja w ekonomi? Ile razy słyszeliście że trakcie tego kryzysu dzieją się rzeczy z którymi nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, że nie ma recept na rozwiązanie tego problemu, że nikt nie wie co się wydarzy. To ja się pytam: gdzie ci wszyscy ludzie byli na pierwszym roku makroekonomii. To niesamowite, bo wszystkie symptomy pokazują na klasyczny efekt wypychania, który jest świetnie i prosto opisany na wikipedii:



"Efekt wypychania pojawia się, gdy powodem początkowej zmiany wielkości produkcji jest wzrost wydatków państwa. Dochodzi wtedy do wzrostu popytu na pieniądz oraz wzrostu stopy procentowej, a tym samym do ograniczenia popytu inwestycyjnego i konsumpcyjnego sektora prywatnego. Wypieranie to inaczej zastąpienie inwestycji prywatnych wydatkami państwa.
Wypieranie finansowe związane jest ze wzrostem stopy procentowej w wyniku niepieniężnego finansowania wydatków państwa, natomiast wypieranie realne może być spowodowane np. zastąpieniem konsumpcji prywatnej konsumpcją państwa lub hamującym wpływem potencjalnej rosnącej niepewności, będącej rezultatem zwiększonych wydatków państwa.
G↑ → Y↑ → R↑ → (C+I)↓ → Y↓
G - wydatki państwa Y - produkcja R - oprocentowanie C - wydatki konsumpcyjne I - wydatki inwestycyjne"


Jak to zadziałało?
1. Po kryzysie w 2008 roku, spadło PKB i wzrosło bezrobocie. Drogi i trudno dostępny kredyt zahamował wiele inwestycji (zatrzymano kredyty obrotowe dla firm), szczególnie developerów. To spowodowało racjonalizację kosztów (nie zatrudniano nowych, młodych pracowników, skupiano się na redukcji i utrzymaniu miejsc pracy już efektywnych, przez utrzymanie doświadczonych pracowników) i starano się po prostu przetrwać. Efekt, choć jak mawiał klasyk to jest oczywista oczywistość, mamy na wykresie poniżej:
2. Rządy państw podjęły szereg nieskutecznych sposobów walki z tą sytuacją. Wszystkie powodowały wzrost wydatków publicznych
- młodzi byli zachęcani do dłuższego studiowania, zostawali na uczelniach na kolejne lata bo i tak nie widzieli szans na pracę po ukończeniu studiów. Swoją drogą studia też kosztują.
- zaraz po studiach trafiali na bezrobocie. Działo się to w najgorszej sytuacji: każdy rok bez doświadczenia zmniejsza ich szanse na pracę. Co więcej młodzi teraz nie zarabiają, a na poczet ich dochodów z następnych lat, teraz się zadłużamy, żeby wypłacić im zasiłki
- drogi kredyt i brak pracy praktycznie uniemożliwił kupowanie nieruchomości. Co doprowadziło, jak zwykle zresztą kończy się kryzys na rynku nieruchomości, do zatrzymania kilku innych gałęzi gospodarki
- polityka imigracyjna i utrzymywanie wielu imigrantów na socjalu (o pozytywnych aspektach imigracji jeszcze napiszę), jest tylko pieprzem który zaostrza smak tego całego bigosu
- każdy kolejny zasiłek, pomoc, wypłata z budżetu to wzrost długu, co podnosi koszty obsługi już wysokiego długu, co powoduje jeszcze większe problemy i dodatkowo nakręca spiralę problemów. Niestety nie można podnieść podatków, bo to dodatkowo zatrzyma gospodarkę, a presja społeczna i mediów jest olbrzymia. W tym kontekście nasza podwyżka VAT byłą naprawdę całkiem mądra. 
- dodatkowo inflacja, o której sporo pisałem poprzednim razem, potęgowała poczucie biedy i wzmagała nacisk na rządy do działania. Działaniami rządów było wypłacać jeszcze więcej pieniędzy. Z długu. Inflacja dosłownie niszczyła budżety rodzinne oraz państwowe.


Kiedyś mechanizm pompowania pieniędzy w gospodarkę zadziałał. Wszyscy pamiętają historię wychodzenia z Wielkiego Kryzysu i zasługi w tej kwestii Johna Maynarda Keynesa. Problem w tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, wszystko się zmienia, a w ekonomii wszystko zależy od zaskoczenia i innowacyjności.

Jeżeli rynki były przygotowane na taką, nazwijmy rzecz po imieniu, socjalistyczną wersję wychodzenia z kryzysu, to wiedziały, że po 2008 roku rządy zaczną na potęgę pompować pieniądze w gospodarkę. Wiedziały zatem, że będzie drukowanie dolarów (co więcej, teraz w 2011 roku nadal tego oczekują) i drukowanie obligacji w Europie. Inwestorzy wiedzieli, że przyjdzie dzień kiedy to oni zaczną dyktować ceny kredytu. Wiedzieli, że opłaca się grać na bankructwo krajów, bo będą potrzebowały pieniędzy na obsługę bieżącą swojego kraju a instytucje międzynarodowe zapłacą każdą cenę, żeby uniknąć bankructw. Rządy sięgnęły po najprostsze środki i przegrały sromotnie. Mają olbrzymie długi, dodatkowo bardzo wysoko oprocentowane, które nie mogą być spłacone, bo ludzie nie mają pracy. Tak się kończy kiedy politycy, twierdzą, że wiedzą jak ma wyglądać gospodarka i jak ją uzdrowić.

I tak, po drukowaniu dolarów, co spowodowało inflację, doszliśmy do problemów z PKB, zadłużeniem i bezrobociem. Następnym razem skupimy się bardziej na demografii, bo ona jest zawsze kluczowa dla makroekonomii, a rządy europejskie, kultywując lekki i miły tryb życia, zapomniały, że najlepszym funduszem emerytalnym są zdrowe i bogate dzieci. Zdrowe pewnie będą, ale z jak wielkim długiem urodzą się dzieci, pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków? Ile lat będzie potrzebowało to pokolenie, żeby zarobić choćby na spłatę kredytu swoich dziadków i bieżące emerytury swoich rodziców?

Jednak koniecznie zwróćcie uwagę na niesamowite połączenie wielu procesów ekonomicznych. Czy można powiedzieć, że bezrobocie w Europie, zamieszki w Egipcie mają to samo źródło? Otóż można. Czy można powiedzieć, że upadek Grecji i głód w Afryce, spowodowane są przez tę samą siłę? Można. 

Nie chcę jednak siać defetyzmu do końca. Bo można wyjść z kryzysu silniejszym. Zrobiły to szczególnie Niemcy i Austria. Nieźle rozwija się Szwecja. Te kraje, zadłużenie przełożyły na inwestycje. Teraz mają się bardzo dobrze:





Niemcy całkiem wymiatają. Specjalnie do grona tych krajów dorzuciłem Finlandię. Zobaczcie na spadek inwestycji i wzrost bezrobocia. Jeszcze parę lat temu politycy zachwycali się tym, że będą budowali nam drugą Finlandię i znajdą wśród polskich firm drugą Nokię. Czy dziś ktoś z Was chciałby mieć taką sytuację? 


To czego naprawdę potrzebujemy, to dalsza mądra polityka Merkel w Niemczech. To na nią Polacy powinni głosować w październiku.

Wszystkie wykresy z niezastąpionego serwisu http://www.indexmundi.com